Rozmowa dla Onet.pl

onet.logo.2.jpg

Mimo że od śmierci Bogdana Łyszkiewicza, lidera Chłopców z Placu Broni, minęło ponad jedenaście lat, płyta z jego ostatnimi piosenkami ukazała się dopiero teraz. Nieznane nikomu utwory „polskiego Lennona” przez dekadę przeleżały w zapomnieniu, w ukrytym w jego mieszkaniu kartonie.

Pomysłodawcą i producentem płyty „Odnalezione piosenki” jest dziennikarz Marcin Sitko, który w trakcie pracy nad poświęconą Bogdanowi Łyszkiewiczowi (1964-2000) książką „Wolność kocham i rozumiem” natknął się na ponad 120 kaset. Muzyk zarejestrował na nich wiele swoich muzycznych pomysłów.

W rozmowie z Onetem Sitko opisuje okoliczności powstania płyty, a przede wszystkim przypomina postać bardzo zasłużonego dla polskiego rocka artysty, zmarłego tragicznie w wypadku samochodowym.

PAWEŁ PIOTROWICZ, Onet.pl: Czym zaintrygował cię Bogdan Łyszkiewicz, że napisałeś o nim książkę i wyprodukowałeś płytę z jego niepublikowanymi piosenkami?

MARCIN SITKO: To po prostu chęć przypomnienia człowieka, który w moim życiu w jakiś dziwny sposób był kimś ważnym. Wychowałem się na bluesie, takim rdzennym, w czystej formie, rodem z Delty Missisipi, a więc kulturowo gatunku zupełnie nam obcym. W muzyce od zawsze pociągały mnie więc nie tylko dźwięki, ale i emocje. A prosta muzyka najtrafniej je oddaje. W pewnym momencie zorientowałem się, że coś takiego słyszę właśnie u Bogdana, który, co oczywiste, bluesem się nie parał, ale emocjami – owszem. On chciał po prostu o czymś nam powiedzieć… I do mnie to dotarło.

O miłości?

Również. Ale ciekawe jest to, że miłość nie była w jego twórczości jednowymiarowa. Bogdan był szaleńczo zakochany nie tylko w kobietach, które pojawiały się na jego drodze życia. On kochał też wolność, podróże, Kraków, Nowy Jork… I ja go rozumiem. Uczucia nie definiują się jedynie w kontaktach z drugą osobą, ale i w bodźcach, których dostarcza nam życie, jako zlepek emocji i przeżyć, wśród których, dzięki Bogu, są i kobiety.

Był melancholikiem?

Zdecydowanie. Nie ukrywajmy – wielu ludziom naznaczonym tym rodzajem emocji jest w obecnym świecie po prostu ciężko. Podejrzewam, że on jednak dobrze się z tym czuł. Nie podcinało mu to skrzydeł. Wręcz przeciwnie – pięknie je rozwijał i nimi trzepotał. Poza tym był artystą, muzykiem. Ta cecha, w połączeniu z talentem, pozwalała mu tworzyć.

Chodził z głową w chmurach?

Stąpał centymetr nad ziemią. Dlatego pewnie nie miał w sobie potrzeby reporterskiego komentowania świata. Trudno byłoby jego teksty przyrównać do narracji na przykład Kazika, która sprawia, że masz wrażenie, jakbyś otworzył gazetę. Bogdan niepoprawnie zamykał się w świecie emocji.

Podobało mu się określenie „Polski Lennon”?

Myślę, że miał do tego sporo dystansu. Pamiętajmy, że tę „łatkę” dopięli mu dziennikarze. Bo on rzeczywiście był fizycznie podobny do Lennona. Jak cię widzą, tak cię piszą.

W jaki sposób trafiłeś na jego nieznane utwory?

Pracując nad książką, spotkałem się z wieloma osobami, od takich, które znały go ze sceny, po takie, które spędzały z nim bardzo trudne i hartujące momenty. Poznałem jego bliskich, rodzinę. I to właśnie wspólnie z jego mamą natknęliśmy się na nie. Paradoksalnie, na kilka dni przed śmiercią Bogdan uporządkował swoje życie w kilku torbach, w których zmieścił różne notesy, kasety czy pamiątki.

Myślisz, że coś przeczuwał?

Nie wiem, czy ludzie przeczuwają, że ich czas dobiega końca. Bogdan odszedł nagle i niespodziewanie, kiedy w jego samochód uderzył rozpędzony młody kierowca. Nie chorował, nie mógł więc mieć przeczucia, że coś się kończy. On odszedł w pełnym biegu, w piękny, niemal już letni czerwcowy dzień. Obok była osoba, którą kochał i z którą kilka dni wcześniej się zaręczył – w takich okolicznościach o śmierci na pewno się nie myśli.

Przeglądając te teksty i słuchając kaset, na których Bogdan w samotności rejestrował pomysły na kolejne utwory, nie miałeś obaw, ze za bardzo ingerujesz w życie człowieka, którego nigdy przecież nie poznałeś?

Miałem. Wkraczałem przecież w prywatny, intymny świat, do którego Bogdan być może nie chciał nikogo wpuścić. W jakimś sensie wymagało to ode mnie błądzenia w tym świecie po omacku. Ale nie ma nigdzie napisanego podręcznika o tytule: „Jak zachować się w obliczu odnalezienia spuścizny artysty”.

Co było dalej?

Przesłuchiwałem te taśmy. Były bardzo już zniszczone, przez ponad dekadę leżały przy kaloryferze. Czułem się, jakbym odbierał sygnał, coś z satelity, nasłuchiwał innej galaktyki. Było tam dużo szumów, szmerów… Wśród nich pomysły na kolejne piosenki – niektórym towarzyszyła zagrana na pianinie czy gitarze muzyka, inne były zaśpiewane a capella bądź w ogóle jedynie w formie tekstu z osobistego notatnika. Sporo wzruszeń.

Jakim kryterium kierowałeś się przy wyborze utworów?

Nie było kryteriów. „Odnalezione piosenki” są płytą z duszą. Pełną niezwykłej historii i emocji. Ktoś nazwał ją jedną z najbardziej niezwykłych płyt, jakie powstały w historii polskiej fonografii. Właśnie ze względu na genezę jej stworzenia.

Zaprosiłeś do nagrania tych utworów niemal wyłącznie muzyków, którzy nigdy nie mieli kontaktu z Bogdanem na scenie i w studiu. Dlaczego?

Chodziło o to, by dać te piosenki artystom, którzy za życia Bogdana nie mieli szansy z nim pracować, a szanowali jego twórczość. Mogło to dać nowe spojrzenie na jego twórczość. I dało.

Na płycie słyszymy między innymi Muńka, Andrzeja Krzywego, Olka Klepacza, Andrzeja Grabowskiego, Maćka Balcara, Marka Piekarczyka czy Piotra Kupichę. Ciężko ci było ich namówić?

Są też Bartek Król, Marcin Kindla, Wojtek Klich, Mateusz Pospieszalski, Wojtek Łuczaj-Pogorzelski, Michał Jelonek, Golden Life, Sztywny Pal Azji, Big Cyc i Ścigani. Wspominam o tym dlatego, żeby dać pogląd, jak bardzo wielowymiarowa i wielopokoleniowa jest to płyta. Jak wielu artystów poświęciło jej swój talent. Andrzej Krzywy był autentycznie poruszony, gdy dostał tekst z notatnika Bogdana, zaczynający się słowami „A kiedy umrę, niech nie popłynie ani jedna łza, bo będę tam, gdzie spotkać można tylko miłość, gdzie poznam to, co śniło się w najśmielszych snach…”. To w ogóle pięknie nagrany album, na żywych instrumentach, w tym smyczkowych. Niewiele powstaje teraz w taki sposób.

Bardzo poruszająca jest też ostatnia kompozycja „Dobrem zwyciężaj zło”, jedyna wykonana przez Bogdana.

To prawdziwa perełka. Zwłaszcza że tam jest melodia, jest szczerość i dusza artysty. To esencja jego twórczości. Do piosenki powstał właśnie teledysk. Animowany.

Wspomniałeś, że pisząc książkę, rozmawiałeś z pięćdziesięcioma osobami. Czy obraz człowieka, który się wyłaniał z ich opowieści, współgrał z obrazem, jaki miałeś w głowie wcześniej? A może coś cię zaskoczyło?

W pewnym momencie zorientowałem się, że wszyscy mówią o Bogdanie bardzo dobrze. Trochę mnie to zakłopotało, nie chciałem uprawiać „żywotów świętych”. Przecież tworzył w latach względnej prosperity w branży muzycznej, ale też jednocześnie w czasach dużej konkurencji, współzawodnictwa, wyścigów po kontrakty płytowe. Pewne zachowania mogły być na porządku dziennym, a on nikomu nie podłożył nogi, nie zawiódł, nie oszukał? Wyłonił się obraz człowieka trochę ponad to wszystko. Może coś w tym jest.

Żadnych mrocznych odcieni, wad, zgubnych nałogów? Tego, czym od zawsze karmi się show-biznes?

Może odpowiem słowami samego Bogdana: „Nie jestem Jimem Morrisonem, nie mam problemów ani z życiem, ani z umieraniem”. Niszczących nałogów Bogdan nie miał, a wady -jak chyba każdy. Tym bardziej że pewne cechy charakteru mogą być różnie interpretowane, w zależności od tego, kto ocenia. Bogdan na przykład nie trzymał się terminów sesji, nagrań, wywiązywania się z umów. Żył podróżami, emocjami, przygodą. Powiemy: „To urocze, artysta…” Ale dla szefa wytwórni płytowej taki artysta to dramat. Fani i przyjaciele Bogdana zawsze go jednak za to cenili. Robert Lubera powiedział na łamach książki, że ludzie, którzy go dobrze znali, zawsze pozostawiali mu taką swoistą przestrzeń, w której mógł się poruszać. Był poetą, dobrym i wrażliwym duchem. Nie należało mu tego własnego obrazu świata burzyć.

Która opowieść zrobiła na tobie największe wrażenie?

Chyba Tomka Lipińskiego. Na kilkadziesiąt godzin przed wypadkiem obaj spędzili w Krakowie całą noc na dyskusjach. Co dziwne, dotyczyły one właśnie spraw ostatecznych, odchodzenia. Doszli do wspólnego wniosku, że na szczęście po śmierci kogoś bliskiego istnieje z nim specyficzny duchowy kontakt. I kiedy już Bogdana nie było na tym świecie, on się Tomkowi przyśnił, w trudnym dla niego momencie. We śnie podpowiedział mu sposób rozwiązania pewnej bardzo trudnej dla niego sytuacji życiowej, co podobno uratowało Tomka ze sporej opresji. Pod koniec snu, bardzo realnego, Lipiński zapytał Łyszkiewicza, czy zdaje sobie sprawę, że przecież już nie żyje. Bogdan odpowiedział: „Tak, wiem…”. Tomek zadał jeszcze jedno pytanie: „Czy kiedy znów będę w potrzebie, to mógłbyś przyjść i pomóc mi, tak jak to zrobiłeś teraz?”. Usłyszał: „Nie Tomek, mogłem to zrobić tylko raz…”. Również Jarek Kisiński wspominał mi ostatnio, że Bogdan często mu się śni. Zawsze dobrze wtedy wygląda, zawsze jest uśmiechnięty i zawsze ma wielką ochotę na muzykę. Widać nic się po tamtej stronie nie zmienił.

Zastanawiasz się czasem, co by dziś robił?

Tak. Wydaje mi się, ale jest to tylko gdybanie, że on by się dziś trochę miotał… Mógłby nie mieć teraz takiej publiczności, jaką miał w latach dziewięćdziesiątych.

Skąd takie przypuszczenia?

To są oczywiście tylko przypuszczenia. Równie dobrze mógłby napisać przebój na miarę „Baśki” i nagle znów pokochałoby go pół Polski. Nie wiem też, czy by się z tego cieszył, bo łatka pastiszowej „O! Eli” swego czasu bardzo mu ciążyła. Realnie jednak patrząc, nie wydaje mi się, by to były dla niego dobre czasy. Paweł Sito mądrze zauważył, że wbrew pozorom Bogdan, mimo swojego tragicznego odejścia, w swoim krótkim życiu twórczym miał wiele szczęścia – zagrał mnóstwo koncertów, wydał parę znakomitych płyt, wylansował wiele przebojów. Zwiedził też te swoje mityczne Stany Zjednoczone i zdążył się zakochać wielką miłością, z której był dumny. On naprawdę żył szczęśliwie, tyle że krótko. Można powiedzieć, że był artystą spełnionym. Oszczędzono mu też wielu rzeczy, z którymi się artyści borykają dziś, zwłaszcza tak wrażliwi jak on.

Czyli?

Długo można by wymieniać. Gdy Bogdan odchodził, dynamicznie rozwijały się formatowane stacje radiowe czy komercyjne kanały telewizyjne. Rekordy popularności bił hip-hop, pojawiło się nowe pokolenie odbiorców. Internet wyniszczył fonografię. To wywróciło na jakiś czas polską scenę do góry nogami. Tacy bardowie z gitarą nie mogli znaleźć dla siebie miejsca. Bogdan, zamykając oczy, symbolicznie zamknął o wiele bardziej przyjazną dla rocka dekadę lat 90.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>